Żak SJ | Nie ma innej drogi niż oczyszczenie

Rok po wydaniu przez Jana Pawła II przepisów o najcięższych przestępstwach Niemcy mieli już swoje procedury, otworzyli biura, wyznaczyli ludzi do przyjmowania zgłoszeń. Przez osiem lat niewiele się działo. Fala zgłoszeń pojawiła się dopiero w 2010 r., bo musiały zaistnieć warunki, by ofiary poczuły się bezpiecznie i wyszły ze swoją krzywdą.

 

Plus Minus: Ponad połowa Polaków uważa, że Jan Paweł II nie podjął wystarczających działań w walce z pedofilią, i aż 31 proc. jest zdania, że nie podejmował ich wcale. Takie wyniki przyniósł niedawny sondaż IBRiS, który publikowała „Rzeczpospolita”. Surowa ocena Jana Pawła II.

Rzeczywiście surowa, ale bardzo krzywdząca. Fakty są bowiem inne. Jan Paweł II był pierwszym papieżem, któremu na taką skalę przyszło się mierzyć z problemem wykorzystywania seksualnego małoletnich przez duchownych. I w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jakiekolwiek przypadki banalizował lub pomniejszał przestępstwo oraz krzywdę. Śmiem twierdzić, że gdyby nie działania papieża Polaka, to Kościół nie byłby dziś w tym miejscu, w którym jest. Łatwo jest nam oceniać z dzisiejszej perspektywy, bo w kwestii wykorzystywania seksualnego dysponujemy już dużą wiedzą, ale zapominamy, że nie było jej, gdy pierwsze skandale zostały ujawnione.

 


Mam wrażenie, że próbuje ksiądz usprawiedliwiać pewną opieszałość Stolicy Apostolskiej.

Nie zamierzam. Mówię, jakie są fakty. Jan Paweł II był w istocie pierwszym papieżem, który zaczął się mierzyć z tą mroczną rzeczywistością. Podobnie jak my wszyscy on się tego uczył. Uczyli się urzędnicy Kurii Rzymskiej, uczyły się Kościoły lokalne. Ale uczyli się też psycholodzy, seksuolodzy. Dziś dysponujemy inną wiedzą niż 30 czy 40 lat temu.

 


Chyba ksiądz nieco przesadza.

Niespecjalnie. Pierwszy opis syndromu dziecka krzywdzonego przez przemoc w rodzinie został opracowany w USA przez pediatrę dr. Henry’ego Kempe w 1962 r. Oskarżono go wtedy o to, że „kala gniazdo świętej amerykańskiej rodziny”, która jest zdrowa i niemożliwe by krzywdziła dzieci. Ten sam pediatra w połowie lat 70. przedstawił wyniki swoich badań nad syndromem dziecka krzywdzonego w sferze seksualnej. Proszę sobie wyobrazić, że mniej więcej do połowy lat 80. minionego stulecia wśród psychiatrów panowało przekonanie, że pedofilia jest uleczalna.

 


To dlatego księży pedofilów przenoszono w inne miejsca?

Wierzono psychiatrii, która twierdziła, że pedofilię da się wyleczyć. Psychiatrzy poświadczali, że dany kapłan może być wyleczony lub że już został. Biskupi i przełożeni zakonni, mając takie opinie w ręku, naprawdę wierzyli, że terapia i zmiana środowiska pracy wystarczą. Właściwie nikt – także wielu psychoterapeutów i psychiatrów – nie brał pod uwagę tego, że sprawcy często są potężnymi manipulatorami. A tymczasem manipulowali terapeutami oraz przełożonymi. Przenoszono ich zatem w inne miejsca, a konsekwencje swoich czynów ponosili dopiero wtedy, gdy państwowy wymiar sprawiedliwości dowiadywał się o przestępstwie. Poza tym na pierwszym miejscu stawiano wizerunek instytucji. Tak było za granicą i w Polsce niestety też.

 


Osoby pokrzywdzone spychano na dalszy plan, a uwagę skupiano na wizerunku instytucji i dbano o dobro sprawcy.

Niestety, tak to przez lata wyglądało. Problem usiłowano załatwić w obrębie Kościoła. Dopiero gdy skandale zaczęły wychodzić na zewnątrz, gdy ofiary zdecydowały się mówić o swojej krzywdzie, coś się ruszyło. Wcześniej kupowano milczenie ofiar, które zgłaszały się do przełożonych kościelnych. Tuż przed wielką falą ujawnień skandali w USA ofiarom wykorzystywania seksualnego wypłacano po cichu jednostkowe odszkodowania, których cena stopniowo rosła aż do ok. 200 tys. dolarów. Za te pieniądze ofiara zobowiązywała
się milczeć. A sprawca – jak wspomniałem – był przenoszony w inne miejsce, gdzie nie wiedziano o jego przeszłości. Naiwnie liczono na jego przemianę.

 


Wielka fala ujawnień, o której ksiądz mówi, zaczęła się od 2002 r. Ale przecież w USA już na początku lat 90. ofiary zaczęły głośno mówić o swoich krzywdach, potem była Irlandia. Zasadne będzie pytanie o to, co robił Jan Paweł II? Przecież miał wiedzę o tym, co się dzieje!

Miał i reagował. Problemem było to, że lokalne episkopaty niespecjalnie chciały iść drogą, którą on wyznaczał.

 


Taktowny ksiądz jest. Jaka to była droga?

W 1983 r. Jan Paweł II wprowadził do kodeksu prawa kanonicznego taki kanon: „Duchowny, który w inny sposób wykroczył przeciw szóstemu przykazaniu Dekalogu, jeśli jest to połączone z użyciem przymusu lub gróźb, albo publicznie lub z osobą małoletnią poniżej lat szesnastu, powinien być ukarany sprawiedliwymi karami, nie wyłączając w razie potrzeby wydalenia ze stanu duchownego”. Procesy sprawców w oparciu o ten zapis miały być prowadzone w diecezjach. Do Watykanu miały trafiać dopiero apelacje od wyroków oraz tzw. rekursy administracyjne od dekretów. Lokalne episkopaty miały jednak trudność w stosowaniu tego prawa i z różnych powodów po prostu go nie stosowały. Jedną z przyczyn było dość mocno rozpowszechnione przekonanie o niskiej przydatności kanonicznego prawa karnego. Przestępców w sutannach ukrywano.

 


Jak to nie stosowały? Co na to papież?

W USA do katastrofy doprowadził brak jedności wśród biskupów i brak woli rozwiązania problemu. Wiedziano o wielu przestępstwach, ale reakcji nie było. Zarówno do papieża, jak i do Kurii Rzymskiej z różnych źródeł docierały informacje, że sytuacja jest poważna. Wydaje się, że dokładne rozeznanie Jan Paweł II zdobył w 1993 r. podczas wizyty „ad limina” amerykańskich biskupów, gdy odbył z nimi wiele rozmów. To po tej wizycie napisał list, w którym jednoznacznie powiedział, że krzywdzenie dzieci jest zgorszeniem i że należy z tym walczyć. Tam pojawiła się słynna zasada zero tolerancji. Potem została powołana komisja ekspertów, której zadaniem było wypracowanie wskazówek do tego, jak skuteczniej stosować istniejące już przecież normy prawa kanonicznego. Owocem jej pracy był indult, jakiego w 1994 r. Jan Paweł II udzielił biskupom amerykańskim z USA.

 


Czego dotyczył ten dokument?

Podnosił on wiek ochrony osób małoletnich z 16 do 18 lat i wydłużał okres przedawnienia przestępstw wykorzystania seksualnego małoletnich do dziesięciu lat od ukończenia 18. roku życia przez osobę skrzywdzoną tym przestępstwem. Chodziło też o to, by biskupi skończyli z unikaniem procesów i zaczęli stosować przewidziane przez prawo kary – aż do wydalenia ze stanu duchownego włącznie. Procesy kanoniczne miały być wszczynane natychmiast po zgłoszeniu przestępstwa i faktycznie ten dokument przyjmował zasadę zero tolerancji. W międzyczasie okazało się, że problem molestowania seksualnego nieletnich w podobnej skali dotyczy także Irlandii. W 1996 r. tamtejsi biskupi dostali identyczny indult.

 


Ale skandale zaczęły wychodzić także w innych krajach.

To prawda. Jan Paweł II zdawał sobie coraz wyraźniej sprawę z tego, że zmiany prawa nie mogą dotyczyć tylko Kościołów w konkretnych krajach, ale że jest potrzeba odpowiedzi globalnej. W 2001 r. ogłosił przełomowy dokument motu proprio „Sacramentorum sanctitatis tutela”.
Na czym polegała jego przełomowość? Przestępstwo wykorzystania seksualnego osoby małoletniej poniżej 18. roku życia, którego dopuścił się duchowny, zostało włączone do listy przestępstw kanonicznych zastrzeżonych Kongregacji Nauki Wiary. Dokument określał też wyraźnie tryb postępowania w sprawach o przestępstwo przeciw szóstemu przykazaniu Dekalogu, popełnione przez duchownego na szkodę osoby poniżej 18. roku życia, czyli przestępstwo wykorzystania seksualnego osoby małoletniej. Czyny te zostały uznane za najcięższe przestępstwa, jakich może dopuścić się kapłan, na równi z przestępstwami przeciw świętości sakramentów pokuty i Eucharystii. Wydłużono termin przedawnienia się przestępstw, a w niektórych sprawach dano Kongregacji prawo do zawieszenia przedawnienia. Dokument ten nakazywał zgłaszanie do Watykanu wszystkich oskarżeń wykorzystywania seksualnego dzieci i młodzieży, uprawdopodobnionych przez dochodzenie wstępne. Wprowadzono zatem mechanizm kontroli ze strony Kongregacji Nauki Wiary.

 


Czy wprowadzenie tego mechanizmu można odczytać jako utratę zaufania do biskupów?

Wydaje się, że Jan Paweł II miał wątpliwości odnośnie do ich działań, skoro zdecydował, że ostateczny głos w osądzaniu spraw zawiązanych z molestowaniem ma Stolica Apostolska. Można to odczytać jako wotum nieufności do zdolności biskupów diecezjalnych, a jeśli nie wotum nieufności, to przynajmniej jako konstatację, że sobie z kryzysem nie radzą.

 


W 2002 r. w USA wybucha jednak ogromny kryzys. Dziennikarze „Boston Globe” ujawniają skalę pedofilii w archidiecezji bostońskiej.

Papież błyskawicznie wezwał wtedy do Rzymu amerykańskich kardynałów i wygłosił do nich przemówienie, w którym padły bardzo ważne stwierdzenia. Jasno wskazał, że częścią tego zła, które zraniło wiele osób, był sposób działania kościelnych przełożonych. Mówił, że „ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby młodych”. Innymi słowy, wskazał, że te sprawy mają być załatwiane w sposób przejrzysty, a nie ukrywane – a po drugie, że w Kościele nie może być tolerancji dla krzywdzicieli dzieci i młodzieży.

 

Nie do wszystkich to chyba dotarło. Biskupi dalej ukrywali molestowanie i nie zgłaszali przestępstw. Polscy także.

Z diagnozy Jana Pawła II pewne wnioski wyciągnięto. W USA zaczęła się wielka akcja prewencyjna. Wypracowano skutecznie działające programy ochrony dzieci i młodzieży. Zostali włączeni w to rodzice i świeccy współpracownicy. Stworzono też skuteczne programy skierowane do sprawców. Wprowadzono coroczny centralny audyt wszystkich jurysdykcji diecezjalnych weryfikujący na bieżąco realizację przyjętych norm. Ale nie dokonano rozliczenia tych biskupów, którzy wcześniej popełnili rażące błędy. Nie potrafię do końca zrozumieć, dlaczego tak się działo. Zrzucam to na korporacyjne myślenie i ciągłą chęć dbania o wizerunek instytucji. Ta mentalność niestety wzięła górę. Również w Polsce, gdzie – jak mi się wydaje – ogromny wpływ na kwestię rozliczeń mają doświadczenia Kościoła z czasów komunistycznych.

 


Czy te doświadczenia mogły mieć wpływ na Jana Pawła II? Żyjąc przez wiele lat w kraju za żelazną kurtyną, stykał się z różnymi próbami kompromitacji duchownych.

Na pewno był ostrożny. Na ten aspekt zwrócił także uwagę papież Franciszek w wywiadzie dla meksykańskiej telewizji, ale podkreślił, że w sprawach dotyczących molestowania nieletnich był stanowczy.

 


A jednak zarzuca mu się, że nie wyciągał konsekwencji wobec winnych zaniedbań. Nie mógł o nich nie wiedzieć.

Analizując to z perspektywy czasu, myślę, że ma pan rację. Jan Paweł II wiedział o zaniedbaniach przełożonych kościelnych. Przecież w kwietniu 2002 r. doskonale je zdiagnozował. Przypuszczam, że nie miał jednak wiedzy precyzyjnej, dotyczącej konkretnych biskupów oraz skali i rodzaju ich zaniedbań. Taką wiedzę mógłby mieć, gdyby zostały przeprowadzone wizytacje apostolskie. Problem w tym, że nie było odpowiednich struktur do ich przeprowadzenia. Watykan nie był przygotowany na tak wielowymiarowy kryzys i nie miał odpowiedniego aparatu, by to zrobić na szerszą skalę.

 


Te wizytacje zarządził dopiero Benedykt XVI.

To prawda. Benedykt XVI miał dobre rozeznanie problemu, bo do Kongregacji, którą kierował, spływały zgłoszenia z całego świata. Zarządził szereg wizytacji w Irlandii. Dziś na czele tamtejszych diecezji nie ma żadnego biskupa z okresu ujawnień. Na szczęście w USA
też konsekwencje wobec winnych zaniedbań w końcu wyciągnięto. Choć tak naprawdę potrzeba było dopiero raportu z Pensylwanii z 2018 r., w którym ujawniono, że w ciągu 70 lat ofiarą 300 księży pedofilów padło 1000 dzieci, skandalu w Chile (w 2018 r. do dymisji podał się tam cały episkopat – red.), oskarżenia i następnie usunięcia ze stanu duchownego kard. McCarricka (2018–2019 – red.) oraz ubiegłorocznego szczytu w Watykanie, by się to zaczęło dziać.

 


Prawda, dziś te konsekwencje wobec biskupów i przełożonych zakonnych są wyciągane.

Jest wiele dowodów na to – choćby dobrze nam znany biskupa Edwarda Janiaka – że Kościół podchodzi do tego poważnie. Ale proszę zauważyć, że Franciszek też się uczy. Podejmuje działania, ale rozważnie, nie na szybko. Gdyby się uprzeć, to i jemu można byłoby zarzucić opieszałość.

 


Co ma ksiądz na myśli?

W 2016 r. Franciszek wydał motu proprio „Come una madre amorevole”, w którym zapisał m.in., że biskupa można usunąć z urzędu, „jeśli wskutek zaniedbania dokonał lub zaniechał czynów, które wyrządziły poważne krzywdy innym, czy to osobom fizycznym, czy całej wspólnocie”. Zaznaczył, że w „przypadku nadużyć wobec nieletnich lub bezbronnych dorosłych wystarczy, że był to poważny brak sumienności”. Ale do ubiegłego roku nie bardzo było wiadomo, jak taki proces prowadzić. Dopiero kolejny instrument prawny wszystko doprecyzował. Na mocy motu proprio „Vos estis lux mundi” także wierni świeccy mogą, a duchowni są zobowiązani składać doniesienia o rażących zaniedbaniach przełożonych kościelnych, diecezjalnych i zakonnych za pośrednictwem nuncjuszy lub metropolitów. I wiele takich doniesień złożono. Ale drogę do tego w 2001 r. otworzył Jan Paweł II. Franciszek idzie konsekwentnie jego drogą i uzupełnia ją o kolejne niezbędne elementy.

 


A jednak – i tu odwołam się do badań, od których zaczęliśmy rozmowę – aż 82 proc. Polaków źle ocenia działania Kościoła w sprawie wyjaśniania pedofilii.

Oczekiwanie społeczeństwa, które doskonale rozumiem, jest takie, by każdą sprawę załatwić jak najszybciej. Tyle że każda z nich wymaga indywidualnego podejścia i oceny. Sprawy zgłaszane do biskupów i prowincjałów są wstępnie badane, przesyłane do Stolicy Apostolskiej, często uzupełniane i rzeczywiście w wielu przypadkach można mówić o przewlekłości postępowań. Pojawia się zniecierpliwienie u osób pokrzywdzonych, opinii publicznej. Nie można jednak powiedzieć, że Kościół nic nie robi. Wprawdzie nie bez nacisku opinii publicznej, ale jednak zdecydowanie przyspiesza. W sprawie biskupa Janiaka zadziałano błyskawicznie, sprawy zmarłego kilka dni temu kardynała Henryka Gulbinowicza też nie zamieciono pod dywan. Każda diecezja ma swojego delegata do spraw ochrony dzieci i młodzieży. Ci ludzie naprawdę pracują. Zmienia się też podejście biskupów i przełożonych zakonnych do tego tematu. Zmierzamy ku oczyszczeniu. Innej drogi nie ma.

 


Wydaje się, że w niektórych krajach idzie to szybciej.

Trzeba pamiętać o tym, że są różnice między Kościołami. Zależą one również od świadomości społecznej, że istnieje problem. Każdy działa w określonych warunkach, określonej kulturze. Tam gdzie w społeczeństwach była demokracja, łatwiej jest praktykować kulturę przejrzystości, łatwiej można to oczyszczenie realizować. Ale weźmy np. Niemcy. W 2002 r., rok po wydaniu przez Jana Pawła II przepisów o najcięższych przestępstwach w Kościele, oni mieli już własne wytyczne i procedury. Otworzyli biura, mieli wyznaczone osoby do przyjmowania zgłoszeń. I przez osiem lat niewiele się działo. Były pojedyncze zgłoszenia, ale nie było jakiejś fali ujawnień. Pojawiła się ona dopiero w 2010 r. Musiały zaistnieć jakieś sprzyjające warunki, by ofiary poczuły się bezpieczniej i mogły wyjść ze swoją krzywdą. Nie wystarczy zatem mieć tylko instrumenty. Dziś w Polsce istnieje potrzeba weryfikacji, jak stosowane są wytyczne. Ofiary bardzo uważnie obserwują te działania. Analizują, ile ryzykują i co ryzykują swoim zgłoszeniem. Łatwiej jest, gdy ujawnień jest więcej, bo zmniejsza się ryzyko, że za każdą ofiarą będą biegali dziennikarze i będą pokazywać jej emocje. Szybkości tego procesu oczyszczenia nie da się automatycznie sprowokować, ale wydaje mi się, że my i tak mocno już przyśpieszyliśmy. Teraz trzeba nam słuchać pokrzywdzonych, pomagać im, tworzyć programy ochrony dzieci i młodzieży. Tylko realnym działaniem możemy sprawić, by Kościół stał się miejscem bezpiecznym.

–rozmawiał Tomasz Krzyżak

 

Źródło: Rzeczpospolita